• 1
  • 2
  • 3
  • 4

AGATA PERZYNA

Bóg dając człowiekowi powołanie do bycia duchownym czy zakonnikiem nie pozbawia go ludzkich trosk, nawyków, tęsknot i problemów. Mężczyzna w sutannie tak samo jak każdy inny ma prawo się bać, cierpieć, płakać i smucić. Kapłaństwo to nie tylko radość, szczęście i sielanka. To ciężka praca nad swoim charakterem, nad zwykłymi ludzkimi słabościami. Jestem daleka od porównywania ze sobą ludzi i ich oceniania, a zwłaszcza księży! Zwłaszcza w czasach tak trudnych dla kościoła i kapłaństwa. Jednak patrząc na księdza Pawła i na księdza Jerzego – widzę jak wiele musi doświadczyć młody ksiądz wchodząc na tę drogę i dojrzały kapłan podążając nią za Jezusem.

O smutkach, radościach, powołaniu kapłańskim i tym, co naszym kapłanom daje siłę do posługi, rozmawiałam z Księdzem Jerzym, który 2 sierpnia będzie obchodził 60. rocznicę święceń kapłańskich i z księdzem Pawłem, który rok temu – 26 maja został księdzem.

? Kiedy księża poczuli, że chcą być księżmi? Jak to się stało? Kiedy powołanie stało się rzeczywistością?

Ksiądz Paweł: Moje powołanie narastało we mnie z czasem. Im byłem starszy tym bardziej byłem przekonany, że chcę być księdzem. W głębi duszy, czułem zawsze, że to jest ta droga, którą powinienem iść. Zawsze byłem blisko kościoła i lubiłem do kościoła chodzić, a po pierwszej Komunii Świętej mogłem też w końcu zostać ministrantem, dzięki temu byłem bliżej ołtarza, codziennie przyjmowałem Komunię Świętą, to Pan Bóg pomagał mi moje dziecięce pragnienia we mnie wyrabiać. Zawsze był też dla mnie na pierwszym miejscu – nie piłka, zabawa czy koledzy, ale wiara. Pan Bóg przemówił do mnie trzy razy. Kilka lat temu w mojej diecezji odbywały się coroczne Światowe Dni Młodzieży Diecezji Łomżyńskiej – to było kiedy byłem w trzeciej klasie gimnazjum. Podczas tego wydarzenia została przedstawiona pantomima ukazująca misterium Eucharystii na podstawie objawień Boliwijki Cataliny Rivas. To wtedy po raz pierwszy tak na prawdę dotarło do mnie, że ja też chcę stać za ołtarzem, że też chcę w tym uczestniczyć. To przeświadczenie, dało mi ogromny spokój wewnętrzny, taką błogość spowodowaną pewnością, co do rozpoznania swojego powołania. To była wielkie łaska od Boga móc doświadczyć tego stanu. Potem jeszcze dwa razy poczułem tę całkowitą pewność chęci oddania się Bogu i ten głos wewnętrzny zaprowadził mnie do seminarium, choć do samego końca prosiłem Boga, by utwierdził mnie w przekonaniu, że we właściwy sposób interpretuję jego sygnały.

Ksiądz Jerzy: Pamiętam z czasów dzieciństwa, że piękno mojego kościoła parafialnego, jego doniosłość i bogactwo bardzo mnie ciekawiły i zmuszały do refleksji. Jako mały chłopiec byłem jednak przekonany, że ksiądz żeby być proboszczem musi sobie kościół sam wybudować. Ta myśl dręczyła mnie przez jakiś czas i dopiero mama rozwiała moje wątpliwości. Myślę, że byłem dobrym człowiekiem, bo kilkakrotnie usłyszałem od ludzi, że będę duchownym. Nawet w szkole koleżanki zauważyły, że mam „zadatki” na księdza. Wydaje mi się, że to były początki mojego powołania. Potem przyszła okupacja, a z nią głód, bieda i troski, które nie pozwalały młodemu człowiekowi na głębsze przemyślenia dotyczące powołania. Jednak ten głos w sercu odzywał się jeszcze wielokrotnie – byłem ministrantem, przyjaźniłem się z księżmi, ale też tak jak już wspomniałem – byłem dobrym człowiekiem – to zaprowadziło mnie do seminarium. Natomiast, jeśli chodzi o powołanie, to uważam, że ono narasta w kapłanie z biegiem czasu.

? Jaka jest najpiękniejsza, najprzyjemniejsza sytuacja związana z kapłaństwem? Taka, która uskrzydla do dalszej posługi i utwierdza księży w przekonaniu, że dobrze wybraliście?

Ksiądz Jerzy: W moim przypadku, to zdecydowanie – kontakty z młodymi ludźmi, z dziećmi i młodzieżą. Bardzo lubiłem prowadzić katechezę, to sprawiało mi wielką radość. Przypomnę, że były to czasy, kiedy katecheza odbywała się poza szkołą, jednak na moich lekcjach zawsze było dużo młodzieży – nie trzeba ich było na siłę zmuszać do uczestnictwa, oni sami chcieli na katechezę chodzić. Dużo radości dało mi spędzanie czasu z młodymi ludźmi – wyjazdy, pielgrzymki, wycieczki. Potrafiłem z nimi nawiązać nić porozumienia, a i oni też mnie lubili – byłem dla nich jak członek rodziny, jak wujek.

Ksiądz Paweł: Ja z kolei radość czerpię z sakramentu pokuty - lubię spowiadać. To, co zachodzi w konfesjonale jest dla mnie cudem i daje mi olbrzymią satysfakcję, bo działanie Boga przez moje słowa ma tak wielką moc, że pozwala wyprowadzać ludzi z różnych zakrętów życia. Czasem nie wiem, co powiedzieć, ale po chwili modlitwy i zadumy, Bóg pomaga i te słowa przychodzą. To jest wspaniałe uczucie wiedzieć, że Pan Bóg działa, choć nie wiem i nie widzę co się dzieje z człowiekiem po jego odejściu od konfesjonału. Ale ja wierzę, że Bóg przemawiając przeze mnie działa.

? Jaka była najtrudniejsza, najbardziej przykra sytuacja, w której znalazł się każdy z was podczas swojej posługi kapłańskiej?

Ksiądz Paweł: To jest trudne pytanie, bo bardzo obnaża moje ludzkie słabości, ale mam wrażenie, że przykre są dla mnie te chwile, kiedy wieczorem po całym dniu intensywnych zajęć zastaję sam. Nasi parafianie mają rodziny, bliskich, a ja wieczorem po modlitwie jestem sam. Oczywiście jest ze mną Pan Bóg, ale ponieważ wywodzę się z rodziny wielodzietnej, z domu, w którym zawsze było nas dużo i było z kim porozmawiać, pośmiać się, to ta cisza i samotność trochę mi doskwiera.

Ksiądz Jerzy: Pamiętam, kiedy byłem proboszczem w Sobikowie. Potrzebne było nowe Tabernakulum, więc je zamówiłem. Nowe było piękne – pozłacane, bogato zdobione, a przez to i bardzo drogie. Do zamontowania go w ołtarzu, z racji swojej masy – potrzebnych było aż czterech mężczyzn. Razem z nimi w sobotę wieczorem zamontowałem Tabernakulum. Niestety w niedzielę rano okazało się, drzwi do kościoła zostały wyłamane, a Tabernakulum skradzione. Zainicjowałem więc Nabożeństwo pod nazwą „Odezwij się Chryste pod którym krzakiem leżysz”. Już po kilku dniach wiedziałem, kto był złodziejem. To było przykre zdarzenie, bo robiąc coś dla parafii, nie spodziewałem się takiej krzywdy ze strony kilku parafian. Zdarzały się różne wyboje na mojej kapłańskiej drodze, ale częściowo wynikały one z czasów, w których przyszło mi żyć i posługiwać. Nie były to czasy, kiedy władza szła ramię w ramię z duchowieństwem. A jeśli chodzi o trudy, to kiedy zostawałem proboszczem, zawsze musiałem budować – od tego zaczynała się moja posługa kapłańska w każdej parafii.

? A co z radością, szczęściem?

Ksiądz Jerzy: Moje całe życie było wypełnione uśmiechem i radością. Zawsze byłem dobry dla ludzi i ta dobroć towarzyszyła mi przez całe życie. Oczywiście były trudności, ale przeżywałem je w samotności, a śmiałem się z ludźmi.

Ksiądz Paweł: Pan Bóg lubi sobie żartować i przez różne sytuacje pytać – czy ufasz mi? Ostatnio przydarzyła mi się pewna sytuacja. Wracałem z Częstochowy. Jechałem samochodem drogą lokalną przez wsie, pola i lasy. Przejeżdżałem przez niewielką wioskę i nagle poczułem jakby uderzenie, szarpnięcie auta. Zatrzymałem się. Dwa kapcie – opony nowiutkie, że o alufelgach nie wspomnę. We wsi pusto, nie widać nikogo, zapadał zmierzch. I wtedy spotkałem młodego chłopaka, który wyszedł na spacer ze swoją małą siostrzyczką. Miałem nadzieję, że powie mi czy gdzieś niedaleko jest zakład wulkanizacyjny. Podszedłem do niego, opowiedziałem, co się stało i zapytałem czy wie, kto mógłby mi pomóc, a on spokojnie odpowiada: - Proszę Księdza, mój tata ma warsztat. Spadł mi kamień z serca. Może to nie jest najbardziej zabawne, ale trochę zaskakujące. Miałem koło zapasowe, ale oczywiście jedno, nikogo tam nie znałem, wieczór był już blisko. I wśród tych obaw i kłębiących się myśli, przychodzi prosty wniosek – ludzie są dobrzy i Pan Bóg jest dobry. Ta sytuacja pokazała mi, że potrafimy sobie pomagać, nawet jeśli nie nosimy sutanny i koloratki, i że Pan Bóg czuwa na drodze – przecież mogłem wpaść do rowu albo na drzewo, a ja „wpadłem” na syna mechanika. Być może przez spotkanie ze mną – księdzem, w zwykłej dla tamtych ludzi sytuacji, gdy pobrudzeni w oleju i smarze rozmawialiśmy, Pan Bóg zadziała? Po raz kolejny doświadczyłem opieki Boga i otrzymałem argument za tym, że ludzie potrafią sobie pomagać.

? Co księża by zmienili z perspektywy czasu i swojego doświadczenia? Albo przeciwnie, co uważacie, że zrobiliście jak najbardziej właściwie?

Ksiądz Jerzy: Tak naprawdę, to nie zmieniłbym niczego – nie mógłbym być kimś innym i robić czegoś innego. To posługa kapłańska jest dla mnie właściwą drogą.

Ksiądz Paweł: Wydaje mi się, że należy się lepiej przygotowywać do głoszenia homilii. Nie jest to łatwe, ale myślę, że lepiej przygotowana i esencjonalna homilia może być większym pożytkiem dla wiernych. Chciałbym też więcej przebywać z młodymi ludźmi – taką pełnię rolę w naszej parafii, ale tego też zupełnie osobiście potrzebuję – kontaktu z ludźmi i kontaktu z młodzieżą. Zwracam się tu bezpośrednio do naszej młodzieży – wyciągajcie mnie do siebie!

? Na zakończenie – jakie są księży ojcowskie rady dla naszych parafian?

Ksiądz Jerzy: Warto być dobrym człowiekiem.

Ksiądz Paweł: Rozmawiajcie z Bogiem. Modlitwa to nie tylko odmówienie z pamięci pacierza, ale przede wszystkim dyskusja z Bogiem, rozmowa, myślenie o nim również w ciągu dnia.

Dziękuję za rozmowę